niedziela, września 28

Epilog.

- Wszystko jest nie na swoim miejscu! - krzyknęłam, łapiąc się za głowę. Podeszłam do komody i ułożyłam stojące na niej zdjęcia i figurki przedstawiające anioły według własnego uznania. I to była najgorsza rzecz - pozwolić Louisowi sprzątać. Z drugiej strony powinnam się cieszyć, że mnie wyręcza, ale nie cierpiałam gdy przestawiał mi rzeczy. 
- Przepraszam Misiu, obiecuję się poprawić! - odkrzyknął, a jego głos dochodził gdzieś z kuchni. Westchnęłam ciężko i ubrałam sukienkę dla ciężarnych kobiet (okropnie mi się to nie podobało, ale jak mus to mus) i poszłam do mojego narzeczonego. 
Znalazłam go przy kuchence, gdzie smażył naleśniki. Na blacie obok leżała już srebrna taca ze szklanką soku jabłkowego, miseczką z truskawkami w czekoladzie, talerzykiem z dwoma croissantami i małym flakonikiem, w którym znajdowała się czerwona róża. Louis przełożył z patelni na talerz gotowego już naleśnika, nałożył białego sera i złożył na pół, a potem jeszcze raz. Potem udekorował go kawałkami ananasa i brzoskwini, po czym całość polał sosem owocowym. Gestem nakazał mi abym usiadła do stołu, a gdy już to zrobiłam, postawił tacę przede mną. 
- Smacznego, Katie. - powiedział wesoło, a ja spojrzałam na niego jak na obłąkanego. 
- I ja mam to wszystko zjeść? - spytałam, a kiedy przytaknął, wytrzeszczyłam na niego oczy. Louis pokręcił z rozbawieniem głową i powiedział abym zjadła tyle ile zmieszczę, po czym mnie pocałował i wyszedł. 

piątek, lipca 18

Rozdział XXI

- A czy teraz mnie pamiętasz? - dopytywał chłopak siedzący naprzeciw mnie. Zatapiał się w fotelu obitym materiałem w kolorze kości słoniowej. Uśmiechnęłam się przepraszająco i pogłaskałam go po policzku. Pochwycił moją dłoń i pocałował jej wierzch. 
Bardzo zależało mu na tym abym sobie wszystko przypomniała. Od początku uważałam ten pomysł za dość nie mądry. Przecież mam doskonałą pamięć. Ale ten się uparł. 
Chłopak spuścił głowę i westchnął zmęczony tym wszystkim. 
- Oj proszę. Czy to na prawdę tak wiele zmieni? - spytałam szczerze w to wątpiąc. Bo co mu to da? 
- No... tak. Ty musisz pamiętać. Musisz MNIE pamiętać. Musisz O MNIE pamiętać. - nadal przystawał przy swoim. Uklęknął przy mnie składając swoje ręce jak do modlitwy na moich kolanach. - Proszę.
- Och, ależ pamiętam. - odparłam z uśmiechem wskazując na naszyjnik zdobiący moją szyję. Brunet w odpowiedzi burknął, że nie o to mu chodziło i wyszedł z salonu, gdyż zadzwonił telefon. Dźwięk rozdzwonionego aparatu dobiegał gdzieś z przedpokoju. Postanowiłam znaleźć się możliwie najdalej od tego miejsca aby przypadkiem nie podsłuchiwać. Wstałam z miękkiej sofy omijając mały stolik do kawy i ruszyłam w stronę ogrodu. Moja kotka, która do tej pory siedziała obok mnie zeskoczyła z kanapy i z kocią gracją podążyła za mną. 
Otworzyłam szklane drzwi z piękną drewnianą oprawą i zaczerpnęłam świeżego chłodnego powietrza. Szczelniej opatuliłam się moim grubym szarym kardiganem i zrobiłam krok w stronę zaśnieżonego tarasu. Mój krótki trampek zanurzył się w białym, zimnym puchu. 
Doszłam do wniosku, że moje ubranie jest wystarczająco ciepłe, więc podążyłam w głąb ogrodu.
- Hej, Alysso? - usłyszałam za plecami kobiecy głos. Moja ciekawska strona była zbyt silna i odwróciłam się w stronę, z której dochodził. 

środa, czerwca 18

Rozdział XX

Wiele bym dał aby to wszystko się nie wydarzyło, abym mógł zapewnić moim przyjaciołom bezpieczeństwo, abym był innym człowiekiem...
Byłem nędznym, nic niewartym, zepsutym egoistom. Zależało mi na tym aby dobrze o mnie mówiono nie zważając na konsekwencje swoich czynów. Od kilkunastu dni wierzyłem jednak, że mogę zachowywać się inaczej. Że mogę na powrót stać się sobą. 
Planowałem to. Planowałem wszystko, każdy szczegół. Nie powinienem tak robić, bo przecież plany często lubią się pierdolić. 
Życie to dziwka - pomyślałem. 
- Twoja historia poruszyła nas wszystkich, mój drogi. - powiedziała Pamela, u której gościłem po raz kolejny. Ciemnoskóra kobieta położyła swoją dłoń na mojej na znak, że chce mi dodać otuchy. 
Nie wierzyłem w ani jeden jej gest. 
- Dziękuję wam wszystkim za troskę jaką mi... jaką nam okazujecie. - poprawiłem się. - To wiele dla mnie znaczy. - odpowiedziałem starając się wypaść dobrze przed kamerami. Ciągłe gadanie o wypadku, roztrząsanie tego wszystkiego było uporczywe. Miałem po dziurki w nosie tych wszystkich wyrazów współczucia, troski... chciałem odpocząć. Nie było mi to jednak dane. 
- A jak się miewa twoja przyjaciółka? Alyssa, prawda? - dociekała Pam. Nienawidziłem jej za to. Wyraźnie zaznaczyłem, że nie mam zamiaru gadać o Lyss. Nie szanowała mojego zdania. 
- Zdrowieje. - odparłem krótko. Mój ton głosu powinien zasygnalizować jej aby więcej nie zadawała pytań na Jej temat.

czwartek, czerwca 5

Rozdział XIX

Powódź barwnych kształtów, które do tej pory zalewały mój umysł ustąpiła, gdy otworzyłam moje ciężkie powieki. Utrzymanie otwartych oczów było dla mnie nie lada wyzwaniem. Po krótkiej chwili się poddałam i zamknęłam oczy, lecz teraz zamiast szkarłatnych trójkątów, błękitnych okręgów i białych jak śnieg kwadratów ujrzałam ciemność. Czarną dziurę. Nicość.
Czy byłam w stanie wykonać choćby najmniejszy ruch? Nie. Poddałam się od razu na starcie. 
- Nigdy się nie poddawaj. - powiedział kiedyś mój ojciec kiedy to zniechęcona porzuciłam naukę jazdy na rowerze, bo cały czas się przewracałam. 
- To głupie! - wykrzyknęłam do niego jako pięcioletnia dziewczynka. Wiatr rozwiewał moje gęste orzechowe włosy i opatulał przyjemnym chłodem wieczora. 
Wtedy tata uśmiechnął się do mnie i przytulił. 
- Uwierz w siebie, Kruszynko. - wyszeptał. - Wszystko jest możliwe. 
Kiedy byłam dzieckiem łatwo było mi uwierzyć w jego słowa, lecz z wiekiem przychodziło mi to z coraz większą trudnością. Chciałam pokazać mu, że i teraz sobie poradzę, ale moje ciało było pozbawione energii. Nie wykrzesałabym z siebie niczego. Mogłabym siebie określić mianem żywego trupa. 
Czy mnie bolało? Bardzo. Czułam się tak jakbym wypiła trutkę na szczury bądź jakiś inny toksyczny środek. Piekący ból obejmował obszar od mojej klatki piersiowej aż po żołądek. Wydawało mi się, że zaraz umrę z przemęczenia. Cierpiałam. Mogłabym przysiąc, że mam połamane wszystkie kości. O ile było to możliwe. Dlaczego ja jeszcze żyję? 
Delikatny dotyk czyichś dłoni trzymał mnie z rzeczywistością. Dotyk i dokuczliwy ból. Palce mojego gościa - drżące i gładkie - pieściły mój policzek. Było to dla mnie jak super szybki i super skuteczny balsam dający ukojenie. Po chwili jednak ręka zniknęła, a ja poczułam podmuch gorącego powietrza. Czyjeś miękkie wargi przywarły na chwilę do mojego policzka by potem zniknąć tak jak uprzednio palce. 
Rozpoznawałam ten dotyk. Kilka razy miałam już z nim styczność. Kilka? To fałszywa informacja. Całe mnóstwo razy. 

sobota, maja 24

Rozdział XVIII

Ściskając w ręku niebieski kartonik przemierzyłam 3 stopy* na północ i 5 stóp na wschód. Trzymając się niezbyt dokładnej instrukcji rozejrzałam się za kolejną wskazówką, która miała doprowadzić mnie do spokoju ducha. W zasięgu mojego wzroku znajdowały się jedynie drzewa iglaste, które odznaczały się pięknym, przyjemnym zapachem. Ale nie miałam teraz czasu na zachwycanie się naturą czy czymkolwiek innym. 
Miałam jasno określony cel, którego należało się trzymać. Gdybym się rozproszyła, znów wszystko zamieniłoby się w jeden ogromny kłębek myśli, wspomnień, obaw i zmartwień, które w tym momencie przyczyniłyby się do zniszczenia wszystkich moich starań.  
Założyłam ręce na piersiach i zmarszczyłam czoło. W jakąkolwiek stronę bym nie spojrzała, wszystko wyglądało przerażająco identycznie. Przechyliłam głowę w lewą stronę - bo już na serio nie wiedziałam co mam zrobić - i doszłam do wniosku, że w niczym mi to nie pomogło. 
Spojrzałam na swój zegarek, na którego tarczy widniał obrazek Beatlesów. Dochodziła 17, czyli godzina, w której mój przyjaciel powinien już dawno się pojawić. Chyba, że narobił sobie kłopotów i po raz kolejny go zatrzymają. 
Wzruszyłam zrezygnowana ramionami i gdy już miałam iść przed siebie to jakby z ziemi wyrósł przede mną Liam.  
- Czego nie rozumiesz w słowach "nie ubieraj nic rażącego"? - spytał z wyrzutem chłopak, który cały ubrany był na czarno. Fakt, powiedział abym "nie rzucała się w oczy", ale to nie moja wina, że uwielbiałam neonowe ubrania jak i dodatki. 
- Połowicznie dopasowałam się do twojego polecenia. - odpowiedziałam niewinnie. Nie miałam sobie nic do zarzucenia. Mój strój był modny, a przede wszystkim wygodny. Dobrze się w nim czułam więc zbyłam kazania bruneta machnięciem ręki. 
Wyciągnęłam w jego stronę rękę, w której trzymałam błękitną karteczkę. Była zgnieciona i lekko zniszczona, ale zdania były wyraźne. 
Liam przeczytał zdanie w miejscu, w którym obecnie utknęliśmy, szybko przeanalizował
wszystko w swojej głowie i przechadzając się po polanie, na której się znaleźliśmy szukał czegoś... co dla mnie pewnie nie miało większego znaczenia.
Przeszedł po obwodzie polany jakieś 3 razy aż w końcu znalazł to czego szukał. Bynajmniej tak mi się wydawało.
Ku mojemu zaskoczeniu kucnął i odgarnął opadłe liście z miejsca, które sobie wyznaczył.
Zaglądnęłam chłopakowi przez ramię. Dostrzegłam strzałkę, skierowaną w lewą stronę. Byłam w jeszcze większym szoku, gdy Liam poszedł w prawo.