niedziela, września 28

Epilog.

- Wszystko jest nie na swoim miejscu! - krzyknęłam, łapiąc się za głowę. Podeszłam do komody i ułożyłam stojące na niej zdjęcia i figurki przedstawiające anioły według własnego uznania. I to była najgorsza rzecz - pozwolić Louisowi sprzątać. Z drugiej strony powinnam się cieszyć, że mnie wyręcza, ale nie cierpiałam gdy przestawiał mi rzeczy. 
- Przepraszam Misiu, obiecuję się poprawić! - odkrzyknął, a jego głos dochodził gdzieś z kuchni. Westchnęłam ciężko i ubrałam sukienkę dla ciężarnych kobiet (okropnie mi się to nie podobało, ale jak mus to mus) i poszłam do mojego narzeczonego. 
Znalazłam go przy kuchence, gdzie smażył naleśniki. Na blacie obok leżała już srebrna taca ze szklanką soku jabłkowego, miseczką z truskawkami w czekoladzie, talerzykiem z dwoma croissantami i małym flakonikiem, w którym znajdowała się czerwona róża. Louis przełożył z patelni na talerz gotowego już naleśnika, nałożył białego sera i złożył na pół, a potem jeszcze raz. Potem udekorował go kawałkami ananasa i brzoskwini, po czym całość polał sosem owocowym. Gestem nakazał mi abym usiadła do stołu, a gdy już to zrobiłam, postawił tacę przede mną. 
- Smacznego, Katie. - powiedział wesoło, a ja spojrzałam na niego jak na obłąkanego. 
- I ja mam to wszystko zjeść? - spytałam, a kiedy przytaknął, wytrzeszczyłam na niego oczy. Louis pokręcił z rozbawieniem głową i powiedział abym zjadła tyle ile zmieszczę, po czym mnie pocałował i wyszedł. 

Zaczęłam grzebać w jedzeniu. Wyjadłam wszystkie kawałki owoców, pochłonęłam truskawki w czekoladzie, pół croissanta i doszłam do wniosku, że już nic nie zjem. Wytarłam palce o serwetkę i odrzuciłam ją gdzieś na stół. Chwilę później wrócił Lou z jakimś pudełkiem.
- Co to jest? - zapytałam wskazując na jego dłonie. 
- Prezent. Dla ciebie. - odparł i podszedł do mnie. Złożył delikatny pocałunek na moich ustach i wręczył mi pakunek. Za jego zachętą zaczęłam otwierać opakowanie po to aby przekonać się co znajduje się w środku. Gdy wieczko zostało już ściągnięte pomyślałam, że dostałam od niego książkę. Ale po głębszym przyjrzeniu się doszłam do wniosku, że to foto-książka. 
- Otwórz. - poprosił Louis, a ja wykonałam jego prośbę. Na pierwszej stronie znajdowała się kartka z życzeniami i wyrazami miłości. Wzruszyło mnie to i spojrzałam na mojego ukochanego z wdzięcznością. Chłopak posłał mi wesoły uśmiech i ruchem głowy wskazał na trzymaną przeze mnie książkę. Przewróciłam kartkę. Na następnej stronie znajdowało się nasze pierwsze wspólne zdjęcie. Powróciłam wspomnieniami do tego dnia. Znajdowaliśmy się na Covent Garden - jednej z dzielnic Londynu, na której znajduje się największe i najważniejsze centrum w Anglii. Wokół kręciło się pełno ludzi. Staliśmy przy murku z jednym z ulicznych muzyków, który pozował z nami do zdjęcia. Louis obejmował mnie opiekuńczo ramieniem i uśmiechał się do obiektywu. Jego potargane włosy rozwiewał wiatr, usta pomimo ogólnego chłodu, były ciepłe, zapach jego perfum doprowadzał mnie do obłędu... Pamiętałam każdy szczegół z tamtego dnia. 
Przejechałam ręką po zdjęciu i westchnęłam zauroczona. Przejrzeliśmy razem wszystkie zdjęcia, a później posprzątaliśmy po śniadaniu. Dochodziła 11, więc postanowiłam się odrobinkę zdrzemnąć by mieć siły na imprezę urodzinową Alyssy. 
- Myślisz, że ucieszy się, że zorganizowaliśmy dla niej imprezę? - spytał Louis, nakrywając mnie kołdra.
- Nie mam pojęcia. - odpowiedziałam szczerze. - Mam nadzieję, że tak. Chociaż... - zaczynałam mieć wątpliwości. Lou wiedział co się szykuje, więc pocałował mnie słodko w usta i nakazał odpocząć. Posłuchałam go i gdy tylko zamknęłam oczy, pogrążyłam się w śnie. 



Z perspektywy Meredith
- Moim zdaniem to chore, że ludzie mają zachowywać się romantycznie wyłącznie w Walentynki. - oburzała się Alyssa. - Każdego dnia, zakochani powinni tacy być! 
- Popieram Cię, Alysso, ale nie wpłyniesz na wszystkich. - zauważyłam, starając się ją uspokoić. Upiłam łyk mojej ulubionej kawy - mochy  i posłałam przyjaciółce szeroki uśmiech. Odpowiedziała mi tym samym, a po chwili zmuszona była ominąć jakiegoś mężczyznę, który szedł prosto na nią. Prychnęła na niego z pogardą, a ja wywróciłam oczami. Od rana była jak tykająca bomba. Przypuszczałam, że to z powodu Liama, który nie miał dzisiaj dla niej czasu.
- Lysso, czy mogę Cię o coś... zapytać? - powiedziałam z lekkim wahaniem. Nie chciałam wypytywać o jej życie osobiste, ale strasznie mnie to ciekawiło. 
- Jasne. - odpowiedziała, wzruszając przy tym ramionami. Przeczesała ręką po włosach i oglądnęła się za siebie. - Co chcesz wiedzieć? - spytała. 
Wzięłam głęboki oddech i zadałam pytanie:
- Co łączy Cię z  Liamem? 
Dziewczyna zachłysnęła się powietrzem, ale szybko się opanowała. Odchrząknęła i zwróciła się do mnie.
- A co ma nas niby łączyć? Jest moim... przyjacielem. A poza tym, pracuję dla niego. - zamyśliła się na chwilę, po czym dodała - To właśnie nas łączy.
Starała się mówić obojętnym tonem, ale wyczułam, że wzmianka o naszym pracodawcy wywarła na niej jakieś uczucia. Przyjaźń? Mogłam w to uwierzyć, ale na pewno było coś jeszcze, coś znacznie głębszego. Zadałam kolejne pytanie:
- Jesteście razem? - spytałam i przyglądnęłam się twarzy przyjaciółki. Na jej policzki wkradł się delikatny rumieniec, ale pokręciła przecząco głową. Ominęłyśmy jedną z licznych zasp śniegu, następnie kilkorga ludzi a później poprawiłam swoją czapkę, która prawie opadła mi na oczy. 
- Nie, Mer. Nie jesteśmy. 
- Dlaczego? Nie chcesz go? - wiedziałam, że stąpam po kruchym lodzie, ale chciałam wiedzieć. 
- To nie tak! - zaprzeczyła szybko. Minęłyśmy pięknie zdobioną fontannę, która teraz pokryta była lodem i skierowałyśmy się na przystanek autobusowy. 
- To jak? - dopytywałam. Alyssa zwlekała z odpowiedzią. Otworzyła usta aby coś powiedzieć, ale równie szybko je zamknęła. Nie poganiałam jej, więc w milczeniu dotarłyśmy na przystanek. Sprawdziłyśmy rozkład jazdy i wynikało z niego, że nasz autobus miał przyjechać za 15 minut. Znalazłyśmy sobie miejsce, gdzie było trochę więcej wolnej przestrzeni i stanęłyśmy. 
Chyba przegięłam, pomyślałam, bo Alyssa milczała. Ciekawe czy swoim pytaniem ją jakoś uraziłam? Pewnie w ogóle nie powinnam pytać o to co łączy ją z Liamem, ale jestem jaka jestem - lubię wszystko wiedzieć. Czasami ta cecha mi nie odpowiada (na przykład teraz), bo przez to wychodzę na wścibską, mieszającą się w cudze życie kretynką.
Postanawiam w miarę moich możliwości powstrzymywać się od "zgłębiania wiedzy" na temat życia prywatnego Alyssy. Bardzo ją lubię i wolałabym jej nie stracić. 
Po tym, jak zaczęłam pracować dla Payne'a, nie miałam praktycznie żadnych przyjaciół. Zostawili mnie, bo nie miałam dla nich czasu. Zawsze byłam na zawołanie bruneta, który doszczętnie zniszczył mi życie, bo to przez niego straciłam mojego ukochanego - Harry'ego. Doznałam wtedy czegoś w stylu załamania i nie mogłam pogodzić się z faktem, że los jest taki niesprawiedliwy. Dzisiaj powoli odzyskuję to co straciłam. Mam Lyss, Michaela, odnowiłam kontakt z kilkoma osobami... i znów rozmawiam z Harry'm. Tyle, że to już nie to samo.
Przypomniał mi się zaplanowany przez niego wypadek, w którym miał ucierpieć mój pracodawca. Wszystkie szczegóły zostały omówione, ale loczek nie przewidział jednego - Liamowi towarzyszyła moja przyjaciółka. 
Sprawa totalnie się skomplikowała i oboje trafili do szpitala. Dla bruneta Payne'a się to stłuczeniem i kilkoma siniakami, dla brunetki natomiast - częściowym zanikiem pamięci. Nie pamięta większości tego co miało miejsce przed wypadkiem: tego jak została zatrudniona, złego zachowania Payne'a, porwania chłopaka Kate... 
Harry powiedział Alyssie prawdę, ale mu nie uwierzyła. Gdybym potwierdziła jego słowa może by mi uwierzyła, ale tak bardzo chciałam mieć ją przy sobie...
Egoistka, powiedział mój wewnętrzny głosik. Cóż, trudno było się z nim nie zgodzić.
- Powinnam coś z tym zrobić, prawda? - przyjaciółka wyrwała mnie z zamyśleń.
- Hmm? 
- Z Liamem. - wyjaśniła cicho i upiła łyk ciepłego napoju. - Jest 14 luty, święto zakochanych. To chyba dobry powód, aby w końcu wyznać mu co czuję. 
Przytaknęłam jej ruchem głowy i uśmiechnęłam się do niej wesoło.
- Dobrze zrobisz. Powinniście być razem. - powiedziałam szczerze, bo na prawdę tak uważam. Dziewczyna mnie uściskała, a chwilę później wsiadłyśmy do autobusu.



Z perspektywy Alyssy
Wieczór. 
Cały dzień spędziłam z Meredith chodząc po Galeriach Handlowych, lokalnych kawiarenkach, a nawet wstąpiłyśmy do kina. Nogi mi wysiadały i jedyne na co miałam ochotę to gorąca kąpiel i masaż. Tyle, że żadna z moich zachcianek nie została spełniona.
Życie jest brutalne. 
Po powrocie do domu byłam w niemałym szoku. W każdym pomieszczeniu, na każdym piętrze znajdowała się masa ludzi i za Chiny nie mogłam rozgryźć dlaczego tutaj są. Ktoś jedynie powiedział mi, że motywem przewodnim tej imprezy są neony, więc aby za bardzo nie odstawać od innych, pobiegłam do pokoju i przebrałam się w całkiem odpowiedni strój. Być może i nie był tak dobry jak pewnej dziewczyny, której sukienka cała była w przerażająco różowym rażącym kolorze, ale z efektu byłam zadowolona, a to najważniejsze. 
Następną rzeczą jaką zrobiłam było odszukanie jednego z domowników. W kuchni napotkałam Panią Jocelyn Swan, która bardzo mocno mnie przytuliła, aż zabrakło mi tchu. Abym ją usłyszała musiałaby krzyczeć, ale Pani Swan wybrała inne rozwiązanie i za rękę pociągnęła mnie do ogródka. Zamknęła drzwi balkonowe, a dźwięki dochodzące z domu zostały nieco zagłuszone. 
- Co tutaj robią ci wszyscy ludzie? - spytałam opierając ręce na biodrach. Kobieta puściła do mnie oczko nie udzielając mi żadnej odpowiedzi. Zmarszczyłam brwi i pokręciłam głową. - Nic nie rozumiem. - szepnęłam. Spuściłam głowę i wpatrzyłam się w śnieg pod moimi nogami. Kątem oka dostrzegłam ruch u Pani Jocelyn, ale zignorowałam to, a potem przestąpiłam z nogi na nogę. 
- Jak Ci minął dzień? - zagadnęła mnie blond włosa kobieta i uśmiechnęła się przyjaźnie, a ja się zaśmiałam. Ja potrzebuję odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, a ona odbiega od tematu. Pokręciłam z rozbawieniem głową i po krótce odpowiedziałam jej co dzisiaj robiłyśmy. 
- Z tego co zdążyłam zauważyć, kupiłaś dziś dużo rzeczy. - zauważa z uśmiechem Pani Jocelyn.
- Rzeczywiście, jak nigdy w życiu. Ale żeby widziała Pani Meredith. Prawdziwa zakupoholiczka. Przebija Kate o głowę. - powiedziałam i zaczęłam się śmiać. 
W następnej chwili głośna muzyka dochodząca z domu się wzmogła, a ja spojrzałam w stronę drzwi balkonowych. 
Liam.
Nie powiem, lekko się zmieszałam. Chciałam się na niego wściekać za to, że nie miał dla mnie czasu przez cały dzień, ale z drugiej strony miałam ochotę wskoczyć mu na ręce i go wycałować. Z tego całego mętliku w głowie nie zrobiłam nic, a jedynie stałam i pochłaniałam go wzrokiem. Miał na sobie idealnie dopasowany garnitur w kolorze granatu, o odcień jaśniejszy krawat, włosy postawione na żel, nieschodzący z twarzy uśmiech i wyglądał tak doskonale, że aż dech w piersiach zapierało. 
- Nikt Ci nie powiedział, że motywem przewodnim są neony? - zażartowałam. Fakt faktem nie miał na sobie nic rażącego (w każdym bądź razie nic co można było dostrzec), więc moja uwaga była trafna. Chłopak oczywiście nie odpowiedział na moje pytanie, ale za to podszedł do mnie i lekko mnie pocałował. Ten jeden pocałunek wystarczył, abym wybaczyła mu jego brak czasu dla mnie.
- A to za co? - spytałam trochę zdezorientowana. 
- Chodźmy. - odparł tylko, złapał mnie za rękę i pociągnął do domu. Wkroczyliśmy do salonu, w którym muzyka ucichła. Ludzie stali teraz pod ścianami zamiast wyginać się w ich dziwacznych tańcach. Wszyscy na nas patrzyli. 
Nie chcę tu być, pomyślałam i przylgnęłam bardziej do Liama. 
Rozglądnęłam się po twarzach osób tu zgromadzonych i odetchnęłam z ulgą widząc Kate, Louisa, Meredith i kilka innych znajomych. 
Znajdowała się tutaj też pewna dziewczyna, która zdawała mi się być znajoma. Przypatrywałam jej się przez krótką chwilą, ale niestety jej nie rozpoznałam. 
Trzymaj się od niej z daleka!, krzyczał mój umysł, ale dlaczego? Wygląda na sympatyczną.
Światła zgasły, a w ciemnościach widoczne były neony, które świeciły na ciałach ludzi. Wyglądało to fantastycznie, ale jednak trochę mnie przerażało. Spojrzałam na Liama, ale on nie świecił. Chyba jednak postanowił zrezygnować z motywu tej imprezy. 
Hej, no właśnie. Dlaczego zorganizował tą imprezę? 
- Liam, dlaczego ci wszyscy ludzie tutaj są? - szepnęłam do niego.
- Csii. 
- Ale...
- Cicho. - uciszył mnie. Nie brzmiał groźnie, ale jego ton głosu nie pozwalał mi się sprzeciwić. 
Więc milczałam.
Minutę później ktoś wwiózł do salonu wózek z ogromną srebrną pokrywą. Chciałam zapytać co znajduje się pod nią, ale Liam pewnie znowu by mnie zaczął uciszać. 
Chłopak pociągnął mnie w stronę wózka, ktoś zdjął pokrywę, a moim oczom ukazał się wielgachny tort. Na nim paliła się masa świeczek, a ciasto połyskiwało czymś złotym. Napis głosił: "Wszystkiego Najlepszego, Lyss!" 
Zakryłam dłonią usta i nie mogłam uwierzyć w to co się dzieje. Zrobiłam krok w tył i pokręciłam głową. Niektórzy się zaśmiali, a Li złapał mnie w pasie i przyciągnął do siebie.
- Pomyśl życzenie. - poradził mi. Zanim mój mózg przetworzył tą informację zdążyły upłynąć chyba z dobre dwie minuty. W końcu wzięłam się w garść i zamknęłam oczy. 
"Chcę wszystko pamiętać", zażyczyłam sobie, a później podniosłam powieki i zdmuchnęłam świeczki. 
Ludzie zaczęli klaskać, ale ja byłam już skupiona tylko na wspomnieniach z przed wypadku. Byłam jak w transie, wiem, że tańczyłam z paroma osobami, niektórzy złożyli mi życzenia urodzinowe, ale nie zwracałam na to szczególnej uwagi. Postanowiłam trochę ochłonąć i poszłam po schodach prosto do mojego pokoju. W środku zastałam jakąś całującą się parę. Nie chciałam im przeszkadzać, ale marzyłam o tym, aby się trochę ogarnąć, więc grzecznie ich wyprosiłam, a oni posłuchali i wyszli.
Dzisiaj masz moc, Lyss. Zaśmiałam się na tę absurdalną myśl i przysiadłam na łóżku. Sięgnęłam po mój telefon i tak jak się spodziewałam dostałam kilka smsów. Odczytałam tego od taty i zaczęłam uśmiechać się do ekraniku. 

"Dużo zdrowia, szczęścia i słodyczy, Twój dumny tata Ci życzy!
 Wszystkiego najlepszego w dniu Twoich 20. urodzin! 
Twój kochający ojciec x"

Odpisałam mu, wysyłając przy tym tysiące emotek i odłożyłam telefon na szafkę nocną. Po namyśle, stwierdziłam, że moja komórka będzie jednak bezpieczniejsza w mojej torbie. W szafie. Pod stertą ubrań. Obok leżał jakiś niebieski zeszyt i przez chwilę zastanawiałam się co on tam robi, a potem wzruszyłam ramionami. 
Po wykonanych czynnościach do pokoju weszła moja czerwonowłosa przyjaciółka. 
- Hej. - przywitała się i zamknęła za sobą drzwi.
- Hejka. Coś się stało? 
- Skądże! Chciałam sprawdzić co u ciebie. 
- Hmm. Czuję się... właściwie to sama nie wiem. - opadłam na łóżko i wpatrzyłam się w sufit. - Powinnam coś jeszcze zrobić. Ale nie pamiętam co. 
- Czy ma to związek z Liamem? - podsunęła przyjaciółka. 
- Chyba tak. Mer, dasz mi chwilkę? Potrzebuję całkowitej ciszy aby się skupić. Mogłabyś przez chwilę nic, absolutnie nic nie mówić? - poprosiłam.
- Och! Jasne, usiądę tutaj i będę bardzo cicho. Obiecuję. 
Przytaknęłam i zamknęłam oczy. Postanowiłam myślami wrócić do przeszłości. Byłam całkowicie skupiona. 
Ujrzałam wspomnienie, w którym budzę się w szpitalu, a ktoś mnie przytula i prosi abym go nie opuszczała. Uśmiechnęłam się smutno i wytężyłam umysł. Muszę przypomnieć sobie jeszcze wcześniejsze chwile. Graniczy to z cudem, ale nie zamierzam się poddać.
Widzę wszędzie krew, obok nieprzytomnego Liama, na którego widok serce mi się ściska. Nasze auto całe jest rozwalone, po ulicy walają się jakieś części, naprzeciwko stoi coś żółtego, czego nie mogę rozróżnić, bo moje powieki opadają i widzę pustkę. 
Staram się jeszcze bardziej, ale tylko tyle udaje mi się przypomnieć. Siadłam zrezygnowana na łóżku i mój wzrok padł na Mer, która przyglądała mi się z zaciekawieniem i nadal milczała. Później rozglądnęłam się po pokoju, a moją uwagę przykuł wystrugany z drewna renifer. Podeszłam do niego i wzięłam go w ręce, a na jednym z jego kopyt napisane było "Norwegia". 
- Mer, byłam w Norwegii? 
- Hmm, tak. Byliście tam z Liamem gdzieś w styczniu. Mówiłaś, że nie podobało Ci się jak wasza przewodniczka na niego patrzyła. Ale rozpromieniłaś się jak zaczęłaś mówić o tym jaki piękny zeszyt sobie kupiłaś. No i jeszcze... 
- Czekaj. - przerwałam przyjaciółce. - Zeszyt? 
- Wiesz, taki błękitny z reniferem na okładce. - opisała. 
Coś zaczyna mi świtać. Przypomina mi się, że gdzieś go tutaj miałam. Ale gdzie? 
Gdybym pisała tam jakieś błahostki to pewnie byłby gdzieś na widoku. Lecz jeśli są tam moje prywatne przemyślenia, to na pewno gdzieś go schowałam. 
- Pomożesz mi go znaleźć? 
- Jasne! 
Minęło z jakieś 15 minut zanim przypomniał mi się, że coś błękitnego widziałam w mojej szafie, gdy chowałam tam moją torebkę. 
Przeczytałam wszystko co było tam napisane i z radością stwierdziłam, że wiele rzeczy z tego mi się przypomniało. 
Ale nadal nie wiedziałam kim jest ta dziewczyna, która pojawiła się na tej imprezie, a wydaje się znajoma. Nakazałam sobie ją zignorować.
Dzisiaj są Walentynki, przypomniało mi się.
- Muszę znaleźć Liama. - oznajmiłam, a Meredith uśmiechnęła się do mnie wesoło. 
- Powodzenia, Kochana. Wierzę, że wam się uda. - powiedziała i mocno mnie wyściskała. Zaśmiałam się pod nosem i gdy tylko mnie puściła, poszłam go poszukać.
Słowo daję szukałam go praktycznie wszędzie, poza jego pokojem. Nie chciałam tam wchodzić, ale nie miałam innego wyjścia. 
Przepchałam się przez bardzo zatłoczoną kuchnię, minęłam tancerzów-amatorów i skierowałam się na schody, ponownie przeciskając się między ludźmi. 
Po jaką cholerę on ich tylu zaprosił?, zastanawiałam się. Nie dość, że większości nie znałam to jeszcze byli wstawieni. Jak oni mogą pić to świństwo?
Kiedy stanęłam przed drzwiami do pokoju Liama, zaczęłam się zastanawiać co tak właściwie chcę mu powiedzieć. Jako, że nic nie przychodziło mi do głowy, postanowiłam zdać się na los. 
Poprawiłam swoją fryzurę (której właściwie i tak nic już nie mogło pomóc) i bez pukania weszłam do środka. 
Po tym jak go zobaczyłam, stanęłam jak wryta. 
To tylko sen, prawda? Zaraz się obudzę i wszystko będzie jak zawsze?, błagałam się w myślach.
Serce mi się krajało, oczy mnie zapiekły, a usta zacisnęłam tak mocno, że utworzyły cienką kreskę. Ale nawet to nie pomogło w zatrzymaniu łez, które spływały kaskadami po moich policzkach. Pociągnęłam nosem i dopiero wtedy chłopak mnie dostrzegł. 
- Lyss... - zaczął patrząc na mnie z przerażeniem, ale ja nie chciałam go słuchać. 
- Kocham Cię Alysso, tak? Mówiłeś, że jestem aniołem, a teraz co wyprawiasz? To były tylko puste słowa?! - wypomniałam mu zanosząc się płaczem. Liam zepchnął z siebie dziewczynę, która na nim siedziała i zrobił kilka kroków w moją stronę. 
- To nie tak jak myślisz. - zaczął się tłumaczyć. Pokręciłam z niedowierzaniem głową. Oczywiście, przecież najlepiej wiesz co myślę. 
- Wszyscy tak mówią. - załkałam cicho niezdolna do niczego. Miałam ochotę go spoliczkować i wyjść stąd jak najszybciej, ale wtedy ta dziewczyna, która się z nim lizała odwróciła się w moją stronę.
To ta sama dziewczyna, której nie mogłam skojarzyć w salonie, kiedy ktoś przywiózł na wózku tort. To ta dziewczyna, która oprowadzała nas po fiordach i była tłumaczką, gdy gościliśmy u Lapończyków. Ta, która była tak cholernie niezadowolona, że Liam dał jej kosza.
- Lucy. - szepnęłam, a mój cały świat się zawalił. Dziewczyna uśmiechnęła się zawadiacko i puściła do mnie oczko. - Teraz już wszystko jasne. 
- Lyss, proszę. - odezwał się Liam i złapał mnie za nadgarstki. Czułam od niego alkohol. - Ja nie...
- Puszczaj mnie! - krzyknęłam i zaczęłam się wyrywać. Puścił. - Nienawidzę cię, Liam. Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś i... 
- Nie rób tego. - zaczął mnie prosić. Klęknął przede mną na kolana i złożył ręce jak do modlitwy. - Błagam!
- To koniec naszej współpracy. Obiecuję Ci na zawsze zniknąć z twojego życia, nie będę się z tobą kontaktowała i więcej o mnie nie usłyszysz. Masz moje słowo. Obiecaj mi to samo. 
- Lyss, nie pozwalam Ci. - zabronił swoim wpływowym tonem, ale nie miało to już dla mnie znaczenia. 
- Zachowuj się jakbym nigdy nie istniała. - szepnęłam dławiąc się łzami, a potem wyszłam z jego pokoju, następnie z domu i zostawiając wszystko za sobą pobiegłam przed siebie. 



--------------------------------------------------------
Aż trudno mi uwierzyć, że to koniec. 
Mam nadzieję, że historia Alyssy choć trochę przypadła wam do gustu. Dziękuję wszystkim za obecność i za wsparcie. 
Do usłyszenia,
xx